piątek, 21 kwietnia 2017

Atak terrorystyczny w Szwecji i domowy serwer muzyki nie tylko dla starszych


W Szwecji objawy współczesnego orwellizmu stały się bardziej widoczne po ataku szaleńca z ciężarówką w Sztokholmie. Widać to np. na lotnisku stworzonym na potrzeby RyanAir, gdzie dla przylatujących wprowadzono zaostrzoną kontrolę. Tworzy się tam kolejka niepewnych pasażerów. Wielu z nich umundurowani funkcjonariusze wypytują niezgodnie z unijnymi regułami, ale być może pasażerom przypomniały się zamierzchłe czasy i sami zaczynają się tłumaczyć. Wszędzie są kamery. Stworzona kolejka pasażerów pozwala ich dłużej filmować. Nie sądzę, żeby identyfikacja na podstawie obrazu z kamer mogła być skuteczne w czasie rzeczywistym. Jeżeli komputery znajdą sobie w zapisanym nagraniu kogoś podobnego do niebezpiecznej osoby, to można później szukać na podstawie zarejestrowanych danych z kontroli dokumentów.

Nie zdążyłem się na tym dłużej zastanowić, bo rozśmieszyła mnie absurdalna konstrukcja stanowiska kontrolera. Jest obwarowany na groźny atak terrorystyczny. Pasażerom dano przy okazji łamigłówkę, gdzie podać do kontroli dokument tożsamości. Rozwiązując zagadkę podania mojego dokumentu uśmiechałem się podświadomie z politowania dla tych, którzy wymyślili, że zamachowiec grzecznie stanie w kolejce. Zauważył to uwięziony w środku kontroler. Odwzajemnił uśmiech. Zatrzymał też w ręku dokument w poprzek i zagrał przez sekundkę tępy wzrok analfabety, który umie tylko ugryźć monetę, by sprawdzić jej autentyczność. Nie musieliśmy nic mówić. Jeżeli ktoś zwróci uwagę na zarejestrowany obraz sekundowego spektaklu kontrolera, to będę tłumaczył, że to efekty cienia mojej osoby. 


Kamerom poświęcono także miejsce w notce Polityki na temat zamachu w Sztokholmie.
Publikacja pt „Szwecja – solidarnie przeciw terrorowi” jest w nr 15 na str. 10 i brzmi jak autoreklama tamtejszego MSW w oficjalnym komunikacie prasowym

Sztokholm dochodzi do siebie po piątkowym zamachu terrorystycznym, w którym zginęły cztery osoby. Sprawcą okazał się 39-letni Rahman Akilow, uchodźca z Uzbekistanu, który wjechał skradzioną ciężarówką w ulicę handlową, potrącając po drodze przechodniów. Miała to być zemsta za odmowę udzielenia mu azylu. Szybkie ujęcie sprawcy, już w kilka godzin po zamachu, było możliwe dzięki dobremu przygotowaniu policji. Po aktach terroru w Europie policja otrzymała zwiększone środki na przeciwdziałanie takim wypadkom. Zainstalowano więcej nowoczesnych kamer, które odegrały kluczową rolę w zidentyfikowaniu sprawcy i rozesłaniu listów gończych z jego sylwetką.

Czytając to nasuwają się proste pytania. Czemu tak kosztowna inwestycja nie miała jakiegoś wpływu na wcześniejsze zatrzymanie zamachowca podczas jazdy? Deptakiem jechał całkiem długo, a w całej tej okolicy zawsze jest duża koncentracja policji i ochroniarzy. Rutyn nie może brakować, bo rodzimy szaleniec robił tak samo klika lat wcześniej samochodem osobowym na najbardziej uczęszczanej ulicy sztokholmskiej starówki. Czym przy utracie życia przez przypadkowe osoby jest ujęcie w kilka godzin, a nie w kilka dni szaleńca, który zbytnio nie szukał kryjówki? Zatrzymanie rozwiązywało jego problemy. Warunki bytowe w szwedzkim więzieniu są lepsze od tego, co czekało anonimowego Azjatę wydalonego ze Szwecji. Teraz może liczyć również na niezłą pomoc od radykalnych organizacji islamskich i nie musi się nawet obawiać konsekwencji tego wsparcia. Za to cztery osoby zapłaciły życiem.



To tragiczne wydarzenie ukazało jeszcze więcej słabych stron. Ludzie nie mogli tego popołudnia w Sztokholmie podjąć konkretnych decyzji. Nie można było nawet wrócić do innych miast w Szwecji. Wszyscy zalani zostali przez media potokiem sensacyjnych doniesień, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Nastąpiła z tego powodu całkowita dezinformacja. Temat jest nadal wałkowany w mediach z perspektywy zorganizowanego zagrożenia terrorystycznego i budzi w ludziach nieracjonalny strach. To bezmyślne terroryzowanie ludzi w całym kraju, by zapewnić sobie statystki osłon lub oglądalności, pokazuje, jak groźne jest uzależnianie się od nich.

Taka nieodpowiedzialność mediów, która zostaje bezmyślnie wsparta przez władze nie jest niczym nowym. Może być nawet bezpośrednio związana z odtwarzaniem muzyki. W tym samym numerze Polityki na str. 90 jest artykuł pt „Lubieżna Louie. Precyzyjne wyjaśnienie w perspektywie tamtych czasów jest w podtytule: 

Gdy politycy zabierają się za cenzurowanie kultury, efekty bywają tragikomiczne. Przykładem jest słynna piosenka rockowa sprzed 60 lat, którą rozpracowywało FBI”.  

Z treści artykułu wynika, że media rozdmuchały sobie absurdalne historyjkę i na to załapywały się władze. Ryszard Wolff bardzo celnie to zobrazował: 
 
Innego zdania był Robert Kennedy, Prokurator Stanów Zjednoczonych, wychodzący z założenia, że setki obywateli nie mogą się mylić, nawet jeśli większość z nich opierała się na plotkach, na których opierał się ten rockandrollowy spisek.

Teraz mamy inne warunki techniczne i metody rozpracowywania. Opisane w artykule absurdy nie mieszczę się nam w głowie. Jednak lepsze technologie są jeszcze groźniejsze w rękach bezmyślnych osób, a szczególnie tych pracujących dla władzy. Wspominałem w jednym z poprzednich wpisów o brytyjskiej Cambridge Analytica i algorytmach na potrzeby wyborów w USA. Pozwoliłem sobie nawet na szyderstwo pod adresem Donalda Trumpa, że facebook nie ma żadnych kont Azteków, nawet tych umarłych, a więc ich potomkowie, którzy są przecież w sile wieku, muszą być oczywiście emigrantami.

W tym temacie kolejny ciekawy artykuł jest we wspomnianym już numerze Polityki na str. 104 i daje szerszą wiedzę o historii działań, gdzie głównymi aktorami są algorytmy, statystyki i władza. Urszula Schazenberg-Czerny tajemniczo zatytułowała swój artykuł „Wielkamoc, a w podtytule „Big data powstało jako forma mierzenia nastrojów społecznych. Skończyło jako narzędzie do wygrywania wyborów. Ale ludzie tracą właśnie zaufanie do najtwardszych statystycznych danych”.


Jest tam rozdział „Dataizm”. To ludzie są zagrożeniem, a nie sama technologia. Kiedyś generalny prokurator USA zadziałał z powodu plotki mediów, opierając się na danych o setkach protestów pojedynczych osób lub małych grupek. Teraz podobna manipulacja może zakwalifikować tysiące słuchaczy, jako zboczeńców. Odtwarzając utwór z Internetu nie wiemy, kto uzna, że jesteśmy zboczeńcami, a nasze dane zostaną z tego powodu zarejestrowane w jakieś bazie. To wystarcza, by robiąc potem zakupy w sieci zapewnić więcej danych. Dane o nas stały się cennym towarem, a o osobach z nietypowymi preferencjami stanowią istną kopalnię złota dla różnych firm. 

Słuchając jakiegoś utworu w Internecie możemy nieświadomie wygenerować sobie wysłanie nam bezpłatnego upominku, którego odebranie będzie dużym zaskoczeniem dla żony, męża czy rodziców. Poglądy przypadkowego pracownika firmy kurierskiej mogą spowodować, że po dostarczeniu przesyłki, w poczuciu obywatelskiego obowiązku, opublikuje nasze dane na stosownym profilu w mediach społecznościowych. Tak z automatu nasi znajomi mogą zostać uprzejmie zaproszeni, by skorzystali z możliwości otrzymania podobnego upominku. W ten sposób całkowicie wirtualnie może zaistnieć aktywna grupa zaprzyjaźnionych entuzjastów z innymi preferencjami, która zostanie niezaprzeczalnie udokumentowana z konkretnymi osobami. W państwach z mniej tolerancyjną władzą może to zakończyć się wizytą smutnych panów o świcie. Oj, ależ archaizm. Drzwi o świcie może wysadzić oddział jednostek specjalnych z kompletnym uzbrojeniem antyterrorystycznym. 

Wszystko wskazuje, że słuchanie muzyki z domowego serwera zapewnia lepszy relaks dla aktywnych teraz i tych delektujących się jesienią życia. 

Dataizmu nie programowano dla dyskryminacji z powodu wieku, więc nie ma tu taryfy ulgowej. Czysto statystycznie seniorzy korzystają mniej z Internetu, więc teoretycznie grupa ryzyka jest mniejsza, by zostać ofiarą dataizmu.

wtorek, 14 marca 2017

Ambicje Windows 10 na otumanianie mas to brak fantazji u urzędników marketingu Microsoft


Pojawiły się nowe wieści dotryczące planów Microsoft. Bardzo precyzyjnie podsumował je Maciej Olanicki w polskojęzycznym wortalu o oprogramowaniu w artykule pt "Nowe reklamy w Windows 10: aplikacje strumieniowane wewnątrz aplikacji", gdzie na samym początku napisał:

Wraz z premierą Windowsa 10, Microsoft wkroczył na ścieżkę dotąd nieprzetartą. Przyzwyczailiśmy się do reklam w telewizji, radiu, Internecie, czy nawet aplikacjach, jednak dla wielu treści reklamowe pojawiające się w natywnym środowisku systemu operacyjnego na komputerze osobistym to już za wiele. Ze wspomnianej ścieżki cofnąć się jednak nie sposób, więc Microsoft śmiało brnie dalej: wkrótce w Windowsie 10 pojawią się grywalne, interaktywne reklamy.


To stawia w innym świetle cały projekt Windows 10. Dotychczas postrzegałem nowe okienka, jako szansę na ujednolicenie systemu opreracyjnego na wiele platform sprzętowych, by ułatwić rozwój prac z obrogramowaniem. Finansowanie rozwoju przez reklamę nie jest niczym nowym i może to być dla Microsoft sposób na zrealizowanie pomysłu z bezpłatym systemem operacyjnym. Pytanie jest tylko, czy stać nas na niezapłacenie za OS? To kolejne zakusy, by nas totalnie otumanić.

Na szczęście w przypadku odtwarzania muzyki z PC pomysł z reklamami w Windows 10 jest całkowicie niegroźny, gdy korzystamy z domowego serwera muzyki bez połączenie z Internetem. Pojawiły się jednak ostatnio informacje o ofercie "muzyki Hi-Fi" z Internetu, gdzie są zakusy na wyłączność dla niektórych nagrań. Dostawca chce w ten spsoób uzależnić od siebie osoby słuchające muzyki on-line.


Udostępniany w Intrenecie strumień z muzyką jest jednak zawsze zapisany w jakimś formacie. W dzisiejszych czasach skopiowanie tego strumienia na nośnik nie jest większym wyzwaniem. Problemem jest tylko w tym, że nie wiadomo co w trakcie takiej operacji może się "przyplątać" na nośnik. Mogą to być zamierzone działania dostawcy i ich omijanie może być łamaniem warunków umowy, która jest podstawą dla korzystania z udostepnionych nagrań z muzyką. Będzie to więc piractwo. Jeżeli te ewentualne "załączniki" dostawcy zostaną obwarowane prawnie, to można założyć, że  nie mogą same w sobie stanowić zagrożenia.

Taki ząłacznik dostawcy może jednak posłużyć jako generator dla najdziwniejszych działań jakiś anonimowych osób. Skala płatnego hejtu wyraźnie wskazuje, że nie brak chętnych, by za drobną sumkę szkodzić innym. Dostawcy usług z muzyką nie będą musieli wiele inwestować, by mieć wierne grono szkodników, którzy w każdej chwili moga zaatakować wskazanego użytkownika. Nie chodzi jednak o tradycyjny hejat, a o nowocześniejsze działanie. Furtkę do tego otwiera szeroko Windows 10 z umożliwieniem zamieszczania reklam w systemie operacyjnym. Podszycie sie pod taka reklamę nie powinno być szczególnie trudne.
 
 
W notatce "Archiwizowanie muzyki na kartach SDXC UHS-II i odtwarzanie z USB SuperSpeed". zacytowałem fragment tekstu, który Oskar Ziomek opublikował  pt Virtual Desktop Enhancer ulepsza wirtualne pulpity w Windowsie 10", gdzie zwrócił uwagę na możliwości, które daje Unix.

Jedną z nowości w dniu premiery Windowsa 10 była obsługa wirtualnych pulpitów – funkcji od tego momentu po raz pierwszy obsługiwanej natywnie w systemie. W porównaniu do uniksowych implementacji było to jednak dość toporne rozwiązanie. W efekcie użytkownicy, którzy na co dzień korzystali z wirtualnych pulpitów dzięki programom firm trzecich już wcześniej, prawdopodobnie nie zostali przekonani do przerzucenia się na systemowe rozwiązanie w „dziesiątce”.

Ta uwaga podsuwa pewne nietypowe rozwiązanie. Muzykę oferowaną w specjalistycznych serwisach internetowych można bezpieczniej kopiować na karty Secure Digital w maszynach pracujących pod Unix. Wiele osób ma dostęp do takich maszyn w pracy, a z szybką kartą ściągnięcie kilku utworów z muzyką nie będzie obciążało systemu. Salony audio mogą zainwestować w taką maszynę, by korzystać z niej na własne potrzeby i być może oferować dostęp do niej dobrym klientom.

piątek, 10 lutego 2017

Aztekowie nieznani sztucznej inteligencji Trumpa, ale nie muzyka z Internetu

  Oto paradoks, który definiuje dzisiejszy świat. Żyjemy dostatniej niż kiedykolwiek wcześniej, a jednak społeczeństwo naznaczone jest niepewnością i niepokojem"

Powyższy tekst to fragmentem opublikowanego w „The Economist” testamentu ekonomicznego prezydenta Baracka Obamy. Zacytował go Mariusz Herma pod koniec ubiegłego roku w „Polityce” nr 47 (3086) w artykule pt „Coś optymistycznego”.

W tegorocznym numerze 5 (3096) Katarzyna Szymielewicz w artykule pt "Algorytm zwycięstwa" podała, że Obama korzystał z pomocy sztucznej inteligencji, by wygrać wybory. Autorka podaje to w nawiązaniu do zwycięstwa Trumpa, który poszedł za przykładem poprzednika i korzystał z tego narzędzia w jeszcze większym zakresie, ale w centrum uwagi było coś innego. Wcześniej szukano informacji, by lepiej zrozumieć nastroje społeczne, a teraz by je kreować i interaktywnie zagospodarować. Z treści artykułu wynika, że "algorytmy zwycięstwa" to sukces firmy Cambridge Analytica, która opierają się na zbieranych o nas informacjach. Takie dane dostarcza również słuchanie muzyki.

Wyborcza opublikowała z podtytułem "Do polskiego naukowca z uniwersytetu Stanforda dzwonią firmy i ludzie, proponując mu pracę. Wszystko dlatego, że jego odkrycie może się przysłużyć nie tylko zdobyciu wiedzy, ale także pieniędzy i władzy wywiad z Michałem Kosinskim, gdzie dowiadujemy się mi.in.

Cambridge Analytica kupowała na potęgę dane z list wyborców, prenumerat czasopism, dane medyczne, wypisy z ksiąg wieczystych i inne. Do tego dołączała historię polubień na Facebooku. Rezultat? Po przetworzeniu ich za pomocą modelu OCEAN - powstały kompletne profile indywidualnych jednostek, do których trzeba dotrzeć z przekazem. Dla każdego coś innego. Tak jak to zrobił Donald Trump. Trudno było się zorientować, co naprawdę myśli, jeśli próbowało się z jego chaotycznego przekazu wyłowić jakąś prawidłowość. Ale każdy z tych różnorodnych komunikatów - przypomnijmy 175 000 wariacji argumentów Trumpa, które zostały wysłane przez jego sztab w dzień debaty z Hillary Clinton - znalazł adresata.
...
"Das Magazin" opisuje, jak w 2014 r. dr Kosinski dostał od innego naukowca intratną propozycję doradztwa firmie Strategic Communications Laboratories w stworzeniu modeli do analizy 10 milionów profili Amerykanów na Facebooku. Odmówił, bo zaniepokoiło go, że firma miała specjalizować się we wpływaniu na wybory.
...
"Das Magazin", powołując się na posiadane dokumenty, pisze, że SCL okazała się potem spółką-matką Cambridge Analytica, a metodę Kosinskiego poznała poprzez tego samego naukowca, który proponował mu transakcję. Czyli  w zwycięskiej kampanii Trumpa znalazła zastosowanie metoda badań identyczna albo bardzo podobna do tej stworzonej przez Michala Kosinskiego.



Najciekawsza jest odpowiedź Kosińskiego udzielona bezpośrednio podczas wywiadu dla Wyborczej

- To, że pan gra w konkretną grę, czyta konkretną książkę czy ma pan określone zainteresowania zawodowe, jest dla pana oczywiste i nie zauważa pan nawet tych powiązań. Ale algorytm je zauważy. Także pana gust muzyczny, filmowy, odzieżowy czy zestaw pana lajków na FB, nawet jeśli nie będą bezpośrednio powiązane z polityką, to subtelne psychologiczne nici będą łączyć te wybory z tym, co pan zakreśli na karcie do głosowania.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają publikacje w wortalu o oprogramowaniu, gdzie poruszany jest temat sztucznej inteligencji. Najgłębiej w ten temat wnika chyba Mariusz Błoński, który napisał m.in. artykuł pt "Przez lukę w mózgu poznają nasze skrywane sekrety – łatki za szybko się nie doczekamy", gdzie można przeczytać m.in.

Przyzwyczailiśmy się, że hakerzy potrafią włamać się do pecetów, gadżetów elektronicznych czy sieci wojskowych. Autorzy science-fiction zapowiadają, że w przyszłości będą się również włamywali do naszych mózgów.Okazuje się, że ta wizja wcale nie musi być tak odległa, a „włamanie” do mózgu może być łatwiejsze niż sądzimy.

Podczas konferencji Enigma wystąpiła Tamara Bonaci z University of Washington i opisała przeprowadzony przez siebie eksperyment, podczas którego prosta gra wideo została użyta do poznania odpowiedzi mózgu na rejestrowane przez podświadomość obrazy.

W dzisiejszych czasach nie musi się to nawet odbywać tak drastycznie, jak filmie "Clockwork Orange", gdzie bohater ma założone specjalne urządzenia. Korzystamy już w hobby z urządzeń virtual reality.


Treść zamieszczonych cytatów można podświadomie skojarzyć się z falami elektromagnetycznymi atakującymi umysły obywateli i dochodzeniem w tej sprawie, które zlecił aktualny ministra obrony w Polsce. Tu chodzi jednak o całkowicie przyziemne sprawy, że nasze hobby może mieć wpływ na wyniki wyborów politycznych, od których zależy codzienne życie większości ludzi na świecie, bo problem ma zasięg globalny. Problem najrozniejszch takich manipulacji poruszany jest od dawna w literaturze, a najbardziej znanym jest chyba ostatni tom Milenium pt "Co nas nie zabije"Aztekowie w trupmkowych kalkulacjach sztucznej inteligencji zostali wykluczeni, ale jest tam miejsce dla internetowego odtwarzania muzyki

Narzędzia używające artificial intelligence i różnego typu danych ze statystyk są teraz bardziej ukierunkowane na to czego słuchamy i co oglądamy, a nie na fakty, które stworzyły naszą cywilizację. Nic dziwnego, że Tramp nie kojarzy, że mieszkańcy Meksyku są potomkami Azteków i nazywanie ich emigrantami ośmiesza polityka, który obejmie tak ważną funkcję. Aztekowie stali się nieistotni, bo nie mają nawet konta na facebook :-)

Świadomość ciągłej inwigilacji powoduje niepewność i niepokój, na które zwrócił uwagę Obama. Domowy serwer muzyki bez dostępu do Internetu zapewnia nowoczesny styl życia, gdzie ograniczona zostaje inwigilacja i terror ogłupiających reklam, a możemy zrelaksować się z najlepszą jakością muzyki z dobrym zestawem Hi-Fi oraz wygodną obsługą z PC

piątek, 20 stycznia 2017

AI, czyli sztuczna inteligencja to nie tylko zbawienie

W polskojęzycznym wortalu o dobrym oprogramowaniu Mariusz Błoński odnotował na wstepie swojego artykulu

Coraz więcej znanych osób wyraża swoje obawy związane z rozwojem sztucznej inteligencji – są wśród nich takie postaci jak Elon Musk czy Stephen Hawking. Opinią na jej temat podzielił się też dyrektor wykonawczy Microsoftu. 

Autor zamieścił w treście ciekawy cytat urodzonego w południowych Indiach w 1967 roku Satya Nadella, który przed przejęciem sterów Microsoft, był w tej korporacji odpowiedzialny za tworzenie i uruchomienie platform, narzędzi programistycznych oraz chmury obliczeniowej.

Świat jest wspaniały, dzięki współczesnej technologii, ale w rzeczywistości nie rozwijamy się. Potrzebujemy technologicznych przełomów, które będą napędzały wzrost wykraczający poza możliwości człowieka – podsumował szef Microsoftu, apelując o tworzenie takich systemów sztucznej inteligencji, które będą zwiększały możliwości człowieka, a nie go zastępowały, które będą poprawiały bezpieczeństwo oraz prywatność i będą przy tym transparentne. 

W cytatowanej informacji chodzi o zarządzanie firmą, ale pamiętrajmu, że rozwój sztucznej inteligencji bazuje na zbieraniu danych z różnych dziedzin życia. Będą także dostarczane przez gadżety z których korzystamy. Mariusz Herma opublikowany w Polityce nr 2(3093) na str 90 artykuł "Czas na głos" opatrzył obszernym podtytułem "Długo pisaliśmy do nich na klawiaturach. Potem dotykaliśmy je w ekrany. Teraz zaczynamy z komputerami rozmawiać – i w nowym roku będziemy to robić coraz częściej". Rozwija to bardzo obrazowym  wstępem

Wyłącz budzik. Włącz światło. Jaka dziś pogoda? O której i gdzie mam spotkanie? Znajdź dobrą restaurację w tamtej okolicy. Zarezerwuj stolik. Nawiguj do celu. Pokaż korki. Poszukaj stacji benzynowej. Znajdź parking. Wycisz powiadomienia. Wyślij SMS. Włącz ogrzewanie. Zagraj coś jazzowego. Co to za utwór? Zadzwoń do mamy. Włącz mi „Star Treka” tu, gdzie ostatnio przerwałem. Wyłącz film. Ustaw budzik na siódmą. Dobranoc.

Wymienione przez autora korzystanie z funkcji głosowej do wysyłanie SMS wydaje się "chodzeniem po wodę przez strumień", ale pozostałe propozycje są bardzo kuszące. Trudno będzie się oprzeć takim udogodnienim w życiu codziennym. Nasza wiedza o źródle ich pochodzenia jest jednak bardzo ograniczona. Powszechnie takie rzeczy kojarzą się nam z ofertą komercyjnych firm, czyli jakąś marką, ale nie jest to cała prawda.

W tym roku w pierwszym  numerze tygodnika na str 63 opublikowany był pt "Rozruszać kocura" wywiad Rafała Wosia z Marianą Mazzucato, która urodziła sie w Rzymie, ale wiekszość życia spędziła w USA, a obecnie jest profesorem ekonomii i innowacji na Uniwersytecie Sussex w Wielkiej Brytanii. Ich rozmowa  "o micie państwa marnotrawnego i konieczności podzielenia się zyskiem przez gigantów biznesu" zaczyna sie bardzo intrygująco


RW: – Kto stworzył Google?
MM: – Państwo.
A rewolucję bio- i nanotechnologiczną kto rozkręcił?
Państwo.
A iPhone’a komu zawdzięczamy?
Też państwu.
A nie panu Jobsowi?
Nie. On przyszedł na prawie gotowe.
To dlaczego wszyscy myślą, że właśnie jemu? A jeśli nie jemu osobiście, to przynajmniej innowacyjnej firmie Apple?
Bo mamy system, który celowo takie fałszywe przekonanie podtrzymuje. Już Platon przekonywał, że światem rządzą ci, którzy potrafią spójnie o nim opowiadać. Nasi współcześni herosi prywatnego biznesu robią dokładnie to samo. Czytał pan biografię Steve’a Jobsa?

W tej informacji nie ma żadnej teorii spiskowej. Działały to nauralne machanizmy rynku, gdzie rozwój na potrzeby obronności został komercyjne zastosowanie. Wyjaśnienie jest w dalszej częsci wywiadu.

Skąd pani wie, że bez państwa nie byłoby smartfona?
Ma pan smartfona? To proszę go wziąć do ręki i zastanowić się, dlaczego jest to taki przełomowy wynalazek, a nie kolejny nudny telefon.

Bo jest smart?
No właśnie. Smartfon ma 12 technologii, które albo były rozwiązaniami przełomowymi, albo na pewnym etapie wyróżniły ten produkt na tle konkurencji. Dostęp do internetu, system nawigacji satelitarnej GPS, akumulator litowo-polimerowy, ekran dotykowy, system rozpoznawania głosu SIRI. Wymieniać dalej?

Nie trzeba. Proszę powiedzieć, jakiego asa ma pani w rękawie.
Żadnego asa. Same fakty. Tak się bowiem składa, że żadnej z tych przełomowych technologii nie wymyślił w swoim garażu żaden genialny Steve Jobs. Wszystkie te technologie istnieją dzięki przedsiębiorczości państwa. Udowodnić?


Użwając gadżetów ułatwiać będziemy dostęp do różnorodnej informacji o nas. Jest to dla nas korzystne, jeżli nie będziemy przy tym bezmyślni i chcąc np relaksować się w domu muzyką, nie musimy być uwiązani do Internetu.

 

Z własną kolekcją płyt można korzystać z nowoczesnyego stylu życia bez ogłupiających reklam i relaksować się najlepszą jakością muzyki z dobrym zestawem Hi-Fi oraz wygodną obsługą z PC

wtorek, 3 stycznia 2017

Agresje przez Internet

Kolejny wpis oparty będzie na publikacji tygodnika Polityka, bo w piewrszym ich numerze w 2017 roku wielokrotnie poruszony został temat zagrożeń internetowych. Pewnego rodzaju podsumowanie tego można znależć na poczatku wywiadu opublikowanego na str 31, który Jacek Żakowski przeprowadził z prof Radosławem Markowskim, gdzie w drugim pytaniu odpowiada:

Dzięki populizmowi świata nowych mediów dużo łatwiej niż wcześniej jest przekonać ludzi do rzeczy, które są słabo osadzone w twardej rzeczywistości.


Najbardziej drastyczny w rozpotynającym ten rok numerze tygodnika Polityka jest chyba tytuł "Internet zabije demokrację" w dziale  "Ogląd i pogląd" na str 34., gdzie Wojciech Orlicki w pierrszym akapicie napisał:

To było tak niedawno! Trzy lata temu szef Google Eric Schmidt i Jared Cohen, szef think tanku Google Ideas i doradca gabinetów Busha i Obamy do spraw cyfryzacji, razem opublikowali książkę „The New Digital Age”, bardzo ciepło przyjętą wówczas przez polskich polityków i publicystów. W tej książce obiecywali nam rychłe nadejście globalnego triumfu demokracji za sprawą upowszechnienia dostępu do internetu. Dziś, kiedy wygląda na to, że demokracja jest w globalnym odwrocie – i w dużym stopniu dzieje się tak za sprawą negatywnych skutków internetu – czyta się ich słowa z rozrzewnieniem:
„Obywatelska partycypacja osiągnie niespotykany dotąd poziom, bo każdy, kto ma telefon komórkowy i dostęp do internetu, będzie mógł odegrać swoją rolę, promując przejrzystość i odpowiedzialność. Sklepikarz z Addis Abeby i sprytny nastolatek z Salwadoru będzie mógł publikować informacje o łapówkach i korupcji, ogłaszać nieprawidłowości wyborcze i ogólnie zmuszać rząd do rozliczeń. (...)

Bradziej konkretniej o zagrożeniach, które mogą zupełnie nie kojarzyć się z np słuchaniem muzyki z Internetu bardzo sugestywnie opisuje pt "Internet rzeczy niebezpiecznych" w dziale "Ludzie i style" na str 144 Urszula Schwarzenberg-Czerny:


Woda pod prysznicem nagle zmienia ustawioną elektronicznie stałą temperaturę, więc dziewczyna wyskakuje z kabiny. Mokra idzie po tablet, żeby skontrolować, co się dzieje. Tymczasem temperatura powietrza spada do zera. Zaczyna wyć alarm, a na jego pisk nakłada się fragment „Wesela Figara” powtarzany szaleńczo przez głośny system audio. Dziewczyna jest bezradna wobec drogiego i nowoczesnego systemu swojego inteligentnego domu, na który zarobiła pracą dla bezwzględnej wielkiej korporacji. A za to właśnie w ten sposób sprawiedliwość wymierzył jej – przez internet – haker.

Zagrożenie ze strony osób prywatnych trzeba brać pod uwagę na poważnie, ale jest ono znacznie mniejsze niż działań państw. Zaskoczyło mnie, że w dziale "Temat roku" na str 22 Ziemowit Szczerek w świetnie przygotowanym artykule pt "Tu się zacznie trzecia wojna światowa" całkowicie zignorował kwestie nowych technologii. Zielone ludzki na Ukrainie miały sens, bo jest do tego gigantyczne wsparcie tradycyjnych mediów. Mniej przydatny był Internet, gdzie są silne rozwiniete struktury, które postały pdczas protestów na Majdanie w Kijowie. W przypadku Łotwy istotniejsze są działanie w Internecie. Skandynawowie wpompowali w Estonię nowe technologie, a próbująca dorównać sąsiadowi Łotwam ma z pewnościa systemy zabezpieczeń na nizszym poziomie. Jest to przykład konkretnego zagrożenie jakie niesie niefrasobliwość w temacie poruszonym przez Urszulę Schwarzenberg-Czerny i wykorzystanie szerokich możliwości, na które zwraca uwagę Wojciech Orlick.  


Wiosną 2016 roku miały miesce dziwne ataki internetowe na szwedzkie media, co w perspetywie artykułu Ziemowita Szczereka nabieraja innego znaczenia. Wspomniana Estonia ma zabezpieczenia od Szwedów i w mniejszym lub wiekszym stopniu udostępniła je pozostałym krajom bałtyckim. Ataki wywołały szeroka dyskusię w szwedzkich mediach, ale nigdzie nie widziałem nawiązania do zagrożeń dla byłych nadbałtyckich republik sowieckich, bo to nie było korzystne dla biznesu. Ciekawa była także reakcja na ofertę byłego monopolisty szwedzkiej telefonii, który chciał zaoferować swoim klientom bezpłatny dostęp do wybranych serwisów internetowych. Zbudziła się dyskusja, że jest to niezgodne z nowymi dyrektywami Unii Europejskiej, które mają zagwarantować demokrację w Internecie. Zamieszanie powstało nim decyzje UE weszły w życie. Wygląda to, że ktoś coś niedokładnie zinterpretował, ale mogło być to również bardzo świadome działanie. W szumie medialnym trudno jest zawsze odszukać, co jest faktycznym tematem, a najkrócej mówiąc UE zakazuje transmisji uprzywilejowanych i w uproszonej definicji darmowe udostępnianie można tak zrozumieć. Dyskusja uderzała jednak najbardziej w nowe możliwości zawaansowanej formy zabezpieczenia.

Ataki na media mogą ułatwiać wprowadzenie dezinformacji. Jeszcze większym zagrożeniem jest jednak to, że czytając wiadomości otwieramy furtkę do własnego komputera i często dalej do systemów informatycznych w pracy. Czytanie wiadomości trwa relatywnie krótko, a słuchanie muzyki znacznie dłużej i przez to furtka do naszego komputera zostaje otwarta jeszcze szerzej.